Monika-J

Opis porodu ...

... czyli opowieść o tym, jak Laurka znalazła się na tym świecie :)

Jak wiecie do szpitala poszłam w poniedziałek 17.12. Pobadali, pobadali, lekarz wsadził we mnie te swoje paluchy i zarządzil w środe test OCT .. dopiero ..  Cos tam poszemrał o centymetrowym badz poltora centymetrowym rozwarciu .. Zawiedziona bylam jak cholera bo sądziłam, ze od razu mnie podepna pod kroplowke i po sprawie ;]
Wpakowali mnie na salę, którą mialam już zaklepaną.



 Fajnie, bo mialam tam lazienke i nie trzebabylo wychodzic na korytarz. Taki maly luksus :) W sali bylam z taka dziewczyną, która akurat urodzila dzień wczesniej. Bardzo fajna, skumalysmy sie :)
Dostawałam jakieś zastrzyki w pupe. ałaa... Że niby na szyjke, jakieś uczulające czy jak... nie wiem Na obchodzie doktorka mnie pocieszała, że może a nuż ruszy sie coś po zastrzykach ... oczywiscie jej nie wierzyłam.. ;]
We wtorek wstałam, pochodziłam troszke i myśle.. aaa spoko dziś luzik, od jutra bedzie hardkor po kroplówkach .. i tak dochodzi godzina 11.00 i czuje, że coś ze mnie wyplywa.. idę do wc i wychodze cała w skowronkach - okazało sie, że to czop ;] hurraaaa to już blisko myślę sobie.. Ale jakbym wiedziala co mnie czeka to bym się tak nie cieszyła .. Potem pobolewały mnie krzyże troszke... Koło 15 przyszedł tż na odwiedziny bo u nas są od 15 wlaśnie. Zaczęło mnie boleć już mocniej aż zwijalam sie na łożku... tż poszedł do domku... ja zaczelam liczyć te skurcze.. Okazało sie, że są co 5 minut. To było tak koło 17 ;] Poszłam do polożnej, zbadala mnie i wyszło 2cm ... potem już 4 .. O 22 zadzwoniłam po tż - mielismy porod rodzinny :) Przy kolejnym badaniu wyszło 6cm i pękł delikatnie pęcherz płodowy... Tż zaprowadził mnie pod prysznic... Stękalam, stękałam, stękałam... bolało mocno ...Ale nie sądzilam, że będzie mnie bolec potem 3 razy mocniej ..  Pod prysznicem poleciały wody ale jeszcze nie całe. Położna bardzo mnie chwalila bo radzilam sobie piłką, workiem sako i wogóle bardzo dobrze oddychalam. Szkola rodzenia zrobila swoje - każdej polecam chodzić. Tż cały czas współpracowal z nami. Masowal mi plecy. Miedzy skurczami przysypialismy oboje... Tż aż raz prawie spadl z krzesła :D Podpinali mnie pod ktg... a ja sie zwijałam .... I tak w bolach doszlam do 8cm .... ja pierdziele.... chcialam żeby mnie ktoś zabił .. Modlilam sie żeby to sie juz skonczylo ..Płakalam, mówilam, że nie wytrzymam ....  Mąż cały czas mnie wspieral...
Potem już przyszły bóle takie inne... napierające.... głowka się zniżała... Wtedy krzyczałam w nieboglosy. Położna sama mówila, że jak chcę to moge sobie krzyczeć :) Skacząc na piłce trzymalam sie drążka przy łożku porodowym. Aż mialam zakwasy w rekach na drugi dzien :D tak mocno go ściskalam ... A od krzykow bolało mnie gardło ;] myślałam, że głos stracę hehe 

Doszłam do 9cm, potem 9,5 cm... z jednej strony szyjka cały czas "trzymała" i nie chciala puścić ;/ Nie mogłam już wytrzymac... Co badanie to głowka już niżej ale jeszcze nie tak, że moglam przeć... Modlilam sie o koniec tej męki .... Pytalam kiedy wreszcie moge przec ... A tu słyszę jeszcze chwilka, jeszcze troszke.... Tż biedny zaspany .. ja już skonana ledwo na nogach ..... i tak patrzymy na zegar.... przed 7.00 położyli mnie w końcu na lożko porodowe... Moja polozna, ktora była cala noc konczyla zmianę i szkoda mi było, że musi iść :( Ale... nie poszła !!! Postanowila odebrać mój poród, bo mowila, że super jej sie ze mna wspólpracowalo i chce zostac do konca. Przyszła położna kolejna, ktora zaczynala prace o 7 no i zaczelo sie .... Męczyłam sie w partych żeby wypchnac głowke... Niestety po kilku nadal nie chciało wyjsc. Nie miałam sily.. Przyszedł lekarz, położna głaskala głowke Laurki i mowila "Laura wychodź, wychodź".. Kolejny party i głowa nie wyszla.. Podłaczyli mi oksy żeby podkrecic mi skurcze. Lekarz położył mi sie na brzuchu łokciami znaczy przedramionami i pomógł jej wyjść. Wycisnął ją ze mnie doslownie..... Jezu jaka ulga !!!!! Slyszę "jeszcze barki" no i bum... wyszla !!!!!!! Popatrzyłam na tż.. on cały we łzach ... cały czas trzymał mnie za reke.... wyjęli małą... Dał mi buziaka.... przeciął pempowinę.....  Położyli malutką mi na brzuchu .... Cudowne uczucie! Choć wtedy jeszcze nic do mnie nie dochodzilo... nie poplakalam sie, śmialam sie od ucha do ucha. Nie umialam jakoś plakac... Teściowa weszla i tez ją zobaczyła :) i moj usmiech na twarzy hihi
Z wrażenie nawet nie zapytalam ile wazy, ile mierzy ... dopiero potem, jak już na sali poporodowej mi ją dali, to się dowiedzialam :) Po porodzie wiadomo - szycie... Niestety nacięli mnie. Nawet nie czulam w którym momencie. Po tym jak mala wyszła ze mnie zapytałam położną czy zostałam nacięta bo nic nie czulam .. Szycie bardzo bolało ;/ ;/ 

Po tym wszystkim jednak prawdą jest, że juz sie nie pamieta bólu :) Pamietam, że byl ale już nie pamietam jaki.. ;) No i nie mogę wyjść z podziwu jakiego cudownego mam męża .... Od 22 przez cala noc walczyl ze mna ze skurczami.. pomagal mi, wspieral, podawal mi wode, masowal plecy, wspierał dobrym słowem... trzymał za rękę gdy parlam.... Wzruszony byl... Jestem mu mega wdzieczna... Gdybym nie miala go przy sobie to na pewno bym nie wytrzymala...
Kocham go nad zycie. I nasz cud - naszą córeczkę .. 
 


Tak wyglądała świeżutko po porodzie :)


A tak na drugi dzień. Już nie taka opuchnięta :)

Udostępnij ten post