Monika-J

Poporodowe opowieści, czyli nasz pobyt w szpitalu

Pisząc notkę o porodówkach chciałam rodzić w SIMIN w Chorzowie. Jak już wiecie synuś postanowił pokrzyżować mi plany i urodziłam jednak w swoim mieście - w Żorach.
Gdy odeszły mi wody i zobaczyłam ich kolor, pędem zadzwoniłam do SIMIN-u i położna odradziła mi podróż 50km na porodówkę, gdyż wiązało się to z dużym ryzykiem. Udałam się więc do naszego szpitala. Opis porodu znajdziecie TUTAJ. 
Bałam się trochę, bo nie wiedziałam co mnie czeka. Czy lekarze odpowiednio zareagują, czy nic nie stanie się mojemu dziecku. Na szczęście diabeł nie taki straszny jak go malują.


 Po porodzie zostałam przewieziona do sali na oddziale położniczym. Fajnie trafiłam, bo akurat pacjentka czekała na wypis i na sali zostałam sama. Bardzo miła, młoda położna co chwilę przychodziła i pytała jak się czuję, mierzyła mi ciśnienie. Ja leżałam jak kłoda, bo nie czułam nóg. Było mi okropnie zimno, trzęsłam się pod kołdrą i dwoma kocami. Położna kategorycznie zabroniła dźwigać mi głowę, bo od tego mogłam nabawić się na drugi dzień takiej migreny, że środki przeciwbólowe by nie zadziałały. Leżałam więc sobie plackiem z kroplówką przez ładnych kilkanaście godzin. Tych kroplówek dostałam chyba 4 ;) Smiałyśmy się, że jedna to ziemniaczki, druga to mięsko, trzecia to sałatka, a czwarta robi za deser :D

Mąż był przy mnie jeszcze chwilę, pokazał mi na telefonie zdjęcie Tobiaszka, bo nawet go dokładnie nie widziałam. Tyle co te parę sekund po wyjęciu z brzucha.
Mąż poszedł odsypiać nockę, a ja nadal leżałam. Położna powiedziała, że gdy tylko poczuję jakiś ból w okolicy brzucha zaraz mam wołać o środki przeciwbólowe, bo jak nie zawołam od razu tylko będę czekać na większy ból, to już mi nie pomogą. Zaczęłam coś czuć, więc zaczęło się faszerowanie ... Jestem im ogromnie wdzięczna za uśmierzanie bólu. Na 3 dobę bodajże jeszcze prosiłam o tabletki z paracetamolu. Nie było z tym problemu. Nie wiem jak rodzące naturalnie, ale te po cesarce na pewno nie mogły narzekać na ból. 
Wieczorem przyszedł znów mąż i przywiózł mi na momencik Maluszka. Mogłam na niego tylko popatrzeć, bo o ruszaniu się nie było mowy :(

Na drugi dzień rano o 9 przyszła pani rehabilitantka, zapięła mnie w pas pooperacyjny i odbyło się pierwsze pionizowanie. Powiem Wam, że w tym momencie straciłam wiarę w to, że będę mogła jeszcze normalnie chodzić, wykonywać zwykłe czynności jak dotychczas. Naprawdę ... Taki ból .. Zapomniałam jak to było normalnie się poruszać, skakać, tańczyć .. Ba .... Głupie siadanie to był dramat. Rana bardzo bolała, cały brzuch dawał o sobie znać ... Najpierw przekręciła mnie na bok, potem usiadłam.. Kręciło mi się w głowie ... Napiłam się łyka wody. Posiedziałam momencik i wstałam.... Przeszłyśmy się do umywalki na końcu sali. Pani zapytała czy dobrze się czuję i może przejdziemy się trochę dalej. Zgodziłam się. Czułam, że z każdym krokiem będzie lepiej i faktycznie tak było. A potem już z każdą dobą było czuć różnicę. Co dzień to budziłam się w lepszej formie i zaczęłam wierzyć, że jednak będzie dobrze ;))

Po południu dzień po porodzie dostałam Tobiaszka do sali, ale noce spędzaliśmy osobno, bo jeszcze nie czułam się na siłach. Wzięłam go w przedostatnią noc pobytu na oddziale. Ostatniej nocy znów nie było go ze mną, bo był naświetlany ze względu na żółtaczkę. Przywożono mi go tylko na karmienia. 


Najgorsze było niejedzenie po cięciu. Głód i pragnienie tak mi doskwierały, że uwierzcie mi na słowo - zupa mleczna jaką podali mi na śniadanie w drugiej dobie smakowała mi jak nigdy dotąd :D A pierwszy posiłek jaki dostałam to było kilka sucharków, które mogłam popić wodą. 
Potem już po kolei zupa na obiad, na kolację jakaś kanapka. Na trzeci dzień normalny obiad składający się z dwóch dań - raj na ziemi ;) Choć rewelacja smakowa to nie była, cieszyłam się z ziemniaczków i gulaszu :)



Personel na oddziale położniczym to złote kobiety. Wszystkie, z którymi miałam do czynienia były bardzo miłe i pomocne. Na oddziale noworodkowym trafiały się mniej przyjemne panie, ale w sumie nie miałam żadnych problemów ani z karmieniem, ani z opieką nad Tobiaszem, więc nie wymagałam zbyt wiele. Najgorzej miały pacjentki, które miały problemy z przystawianiem do piersi, brak pokarmu lub w ogóle nie chciały karmić. Jeśli trafiły na mniej przyjazny personel to nie było ciekawie.

Ogólnie rzecz biorąc jestem zadowolona, że tak to się potoczyło. Miałam rodzinę na miejscu, nie musieli nigdzie dojeżdżać i codziennie mogli mnie odwiedzać, czy szybko donieść brakujące rzeczy w razie potrzeby. 
Jeśli ktoś zapytałby gdzie rodzić, poleciłabym naszą żorską porodówkę, zwłaszcza jeśli chodzi o cesarskie cięcia.
Naturalnie bym nie chciała, bo zależało mi na znieczuleniu, a tam o to bardzo trudno.
Duży plus za wyremontowane wnętrza. To był dla mnie spory komfort psychiczny. Lubię ładne wnętrza i w takich dużo lepiej się czuję, niż we wnętrzu szpitala jak z horroru.




Udostępnij ten post