Monika-J

Witaj Synusiu - opis porodu

Patrzę na poprzedni wpis o pościeli dla Maluszka i widzę wstęp "na 10 dni przed porodem (...)" ... Co się okazuje ? Naszykowałam łożeczko 2 dni przed rozwiązaniem. Dobrze, że zdążyłam :)
27 stycznia miałam wizytę u ginekologa. Tego dnia zrobiłam ostatnie jak się okazuje zdjęcie 
z brzuszkiem.

27 styczeń (38 tydzień + 5 dni)
Pomalowałam paznokcie u rąk i stóp na ognistą czerwień, wzięłam prysznic, zrobiłam make up i poszłam do ginekologa. Najpierw poleżałam na ktg. Wszystko było ok, czynności skurczowej jako takiej brak. Tętno ok. Później doktor zrobił usg i okazało się, że Tobiasz już ułożony jest główką w dół. Odetchnęłam z ulgą, że nie będę musiała błagać o cesarkę (nie chciałam rodzić naturalnie dziecka ułożonego miednicowo...). Na fotelu ginekolog stwierdził, że spokojnie jeszcze tydzień sobie pochodzę (za 8-9 dni akurat wypadał termin porodu).
Wróciłam z wizyty i nagle zaczęłam bardzo źle sie czuć. Gorączka, dreszcze, ból wszystkiego co możliwe. No to kanapki z czosnkiem, gorąca herbata z imbirem i Rutinoscorbin poszły w ruch. Przecież nie chciałam rodzić chora ;)
Nocą bardzo bolało spojenie łonowe. Nie mogłam wstać z łóżka. Do tego gorączka. Byle dotrwać do rana...

28 styczeń (38 tydzień + 6 dni)
 Widzieliście na fanpage, że rano już dzwoniłam do mamy, by zaopiekowała się Laurką bo ja nie dam rady w takim stanie. Mama się zgodziła. Wstałam z łóżka, poszłam do ubikacji i już coś mi nie pasowało. Mianowicie kolory na wkładce. Brązowo-zielone. Wystraszyłam się, ale pomyślałam, że to czop odchodzi, więc możliwe, że to już niedługo. Nie wiedziałam jednak, że aż tak  ;)
Mąż wrócił z nocki, zrobił kawę jak zwykle. Ja znów poszłam do wc i chlup .... Wody płodowe zaczynają się lać raz za razem. Niestety były to wody zielone a wręcz zielonobrązowe. Wołam męża i płaczę. Z jednej strony płaczę bo wiem, że to już za parę godzin zobaczę Małego, ale też jednocześnie bardzo się bałam, bo wiedziałam, że taki kolor nie zwiastuje niczego dobrego. 
Zadzwoniłam do Chorzowa gdzie miałam rodzić i opisałam sytuację. Kazali pojechać do najbliższego szpitala, bo za duże ryzyko było jechać do nich te 50km. Teraz telefon do mamy, że sytuacja troszkę się zmieniła. Nadal ma przyjść po Laurę, ale w trybie pilnym bo.. rodzę ;)
 Nagle ogarnął mnie taki spokój jak nigdy. Powoli się ubrałam, sprawdziłam czy wszystko mam, zapakowałam dokumenty. Nawet się nie stresowałam. Nic a nic. Udaliśmy się na naszą żorską porodówkę...
Powitała mnie położna i prosiła o przebranie się w koszulę. Zaprowadziła mnie na salę porodową. Ja nadal spokojna, chociaż zastanawiałam się czy tym razem będzie mnie bardzo bolało jak przy pierwszym porodzie. Wypytali mnie o wszystko, doktor mnie zbadał i od razu zarządził cesarskie cięcie. Jestem mu niezmiernie wdzięczna, bo na ktg czynności skurczowej brak, wody zielone i nie wiem co by było, gdyby ktoś inny mnie zbadał i nalegał na sn i zlecił tylko podanie oksytocyny ... :(
Momentalnie ogarnęła mnie taka ulga.... Ucieszyłam się, że nie będę musiała męczyć się w bolesnych skurczach i nie będę miała ponownie pokrojonego krocza. Stresowałam się jednak troszeczkę, bo nigdy nie miałam żadnego zabiegu a co dopiero operacji. Poinformowałam męża i mamę, że będzie cc. Poleżałam jeszcze pod ktg, przypięto mi kroplówkę. Pożartowałam troszkę z położnymi. Naprawdę atmosfera była bardzo luźna mimo okoliczności. Jakaś kobietka w sali obok rodziła naturalnie i słyszałam biedulki krzyki, jęki i stęki :( Ponoć urodziła córeczkę :)
Podpięto mi cewnik i czekałam na anestezjologa. Gdy już wszystko było gotowe zaprowadzono mnie na salę cięć. Pierwszy raz na żywo widziałam salę z tą wielką lampą, łożkiem i różnymi narzędziami do krojenia ludzi :D Zadano kilka pytań, podkreślono, że "pacjentka ma tatuaż na prawej stopie". Może w razie jakbym umarła to by mnie identyfikowali tatuażem? ;) Śmiałam się do nich, że nie zdążyłam pozmywać lakieru z paznokci bo wszystko tak nagle się zaczęło i nie spodziewałam się cc. Na szczęście zmywać nie trzeba było, bo aparatura działała nawet przez lakier.
Bałam się bólu podczas podawania znieczulenia do kręgosłupa. I niepotrzebnie, bo naprawdę nie bolało. No może chwileczkę czuć lekki dyskomfort, ale to nie ból. Szybko ułożono mnie na leżąco i po chwili nie czułam już nóg ani brzucha. Spojrzałam w lampę, a tam mnie kroją :O Słabo mi się zrobiło. Pani, która nade mną czuwała chyba to zauważyła bo zaraz zapytała czy wszystko w porządku. Nie patrzyłam już zatem w lampę. Po paru minutach czułam dość mocne szarpanie. Usłyszałam tylko "mamusia parzy na Syna" i zobaczyłam moją małą kruszynkę ... Popłakałam się jak bóbr ... Przy Laurze nie płakałam bo byłam bardzo zmęczona całonocnym porodem. A tutaj? Bez problemu mogłam uwolnić emocje ... Usłyszałam jego płacz i odczułam niesamowitą ulgę.


TOBIASZ TADEUSZ
urodził się 28.01.2015
o godzinie 11.10
ważył 3200g, mierzył 55cm, otrzymał 10 pkt


A tak wyglądał po kilku godzinach :)


O pobycie w szpitalu, powrocie do domu i pierwszych dniach po porodzie w kolejnych wpisach :)

Udostępnij ten post