Monika-J

O tym jak przeżyłam horror...

... czyli rzecz o pierwszej (i mam nadzieję, że ostatniej) hospitalizacji Tobiaszka.
Bo los potrafi być okrutny... W ciąży z Laurą leżałam w szpitalu chyba 3 razy. Za to po porodzie nic się nigdy nie działo. Jedynie koło 2 urodzin łapała infekcje i była przeziębiona. W drugiej ciąży cieszyłam się, bo przebiegała ona książkowo, wszystkie wyniki super a tu proszę... Zakończenie porodu cesarskim cięciem przez zielone wody płodowe i 6 tygodni po prodzie wylądowaliśmy w szpitalu ... Nie życzę nikomu tylu zmartwień, tylu wylanych łez, tylu straconych kilogramów (przez stres a nie dzięki ćwiczeniom) ...
Zapraszam do lektury i proszę o komentarze zwłaszcza te osoby, 
których dzieci miały/mają podobny problem.
(Z góry uprzedzam, że jeśli nie masz ochoty czytać o zawartości pieluszek to nie wchodź dalej ;))

Od początku Tobiasz nie miał problemów z zaparciami. Cieszyłam się, że nawet będąc na mleku modyfikowanym potrafi wypróżniać się jak na piersi, czyli co każde karmienie, lub czasem częściej.
Niekiedy padała sugestia ze strony męża, że może jednak ma biegunkę, ale potem temat jakoś ucichnął. Tak naprawdę wcześniej tego nie zauważałam i myślałam, że tak ma być. Teraz będąc już po szpitalu, wszystko zaczyna układać mi się w jedną całość.
9 marca wrzucałam nawet na Fanpage zdjęcie Tobiaszka i cieszyłam się, że ładnie przybiera na wadze. Spokój jednak zaburzyła poranna zabrudzona pieluszka, w której to znajdowały się pojedyncze niteczki krwi. Później aż do wieczora nic takiego się nie zdarzało, więc sprawę zbagatelizowałam. Od około 23 zaczęło się już robić poważnie, ponieważ w stolcu było już dużo krwi. Rzekłabym, że najpierw wydalał czystą krew a dopiero później dochodził zwykły stolec z nitkami krwi. Wystraszyłam się. Byłam w domu sama z Laurą ponieważ mąż wracał z pracy dopiero koło 3 w nocy. Zadzwoniłam do mamy, słabo już mi się robiło, nie wiedziałam co począć. Czy budzić tatę i jechać na pogotwie czy czekać do rana i iść szybko do lekarza. Zdecydowaliśmy jednak, że pojedziemy na pogotowie. Mama też przyszła popilnować Laurkę. 
W szpitalu pokazałam pokrwawione pieluszki. Pani doktor zaleciła zrobić najpierw badanie moczu, a jeśli w moczu coś wyjdzie to wtedy szereg kolejnych badań. Ogólnie Tobiasz był w dobrym stanie. Nie miał ani gorączki, brzuszek miękki, nic go nie bolało. Był pogodny jak zwykle. Tylko ta krew .... 
Przyczyn tego może być tak wiele, że nie chcieli nawet spekulować. Wróciliśmy i pierwsze co, odpalam Google i szukam przyczyn. Ja już roztrzęsiona, najgorsze myśli mi w głowie buzowały.
To największy błąd szukać chorób w internecie!!!! Niepotrzebnie się człowiek nakręca - teraz to wiem. 
10 marca (wtorek) zrobiliśmy z samego rana badanie moczu i jeszcze tego samego dnia udaliśmy się do pediatry z wynikami. Nic niepokojącego w moczu nie wyszło. Tobiasz nadal w bardzo dobrym stanie. Myslimy, że może to nietolerancja laktozy ... U pediatry Tobi zaczął się wypróżniać i lekarka na żywo zobaczyła jak to wygląda. Ujrzawszy to od razu wypisała skierowanie do szpitala.
I tak oto zostaliśmy przyjęci na oddział pediatryczny w szpitalu w Żorach.
Ja wypełniałam kilka papierków a Tobiaszka zabrały pielęgniarki. Po około pól godziny przyszła po mnie jedna z nich i zaprowadziła na salę. Ujrzałam moje słoneczko leżące w łożeczku szpitalnym pod kroplówką :(

Serce mi pękło momentalnie ... Usiadłam i zapłakałam... Mój okruszek.. Taki mały a już pokłuty. Kupki nadal lecą z krwią ... A ja siedzę i czekam na wyniki i wreszcie na diagnozę. Niestety przez długi czas lekarze nie wiedzą co jest grane, ponieważ przypadek nie jest typowy. Tobiasz nadal bez bóli, bez gorączki ... Nic a nic ... Jedna Pani doktor chodziła i dumała. Widać było, że się nami przejmuje i dąży do tego, by jak najszybciej postawić diagnozę i zacząć leczenie. I tak zleciały dwie kroplówki.

Na 11 marca (środa) miał zlecone kolejne badania. 
Z samego rana USG brzuszka i posiew kału i moczu. 
Na ultrasonografie nie widać nic niepokojącego. Przy okazji doktor zrobił badanie główki i nerek. Na szczęście wszystko dobrze. W takim razie nadal nie wiemy co mu jest ... 
Morfologia krwi wyszła zła ... Zrobili mu też badanie na grupę krwi, bo była możliwa nawet transfuzja, gdyby anemizacja nadal się pogłębiała. Byłam już totalnie bezsilna. Słowo transfuzja było dla mnie szokiem. Jak to ... Mój mały skarb i już transfuzja? Milion myśli ... A co, jeśli ma jakąś poważną chorobę, a co jeśli będzie musiał mieć operację .. A co jeśli ... Niektóre myśli były tak bolesne, że aż bałam się je wypowiadać. Wiem ... To głupie i zawsze trzeba myśleć pozytywnie, ale uwierzcie ... Wtedy nie potrafiłam. Siedziałam i patrzyłam jak mój okruszek przyjmuje kolejne kroplówki. Wyrzucałam kolejne, jeszcze bardziej zakrwawione pieluszki ... 
Najgorsze były noce. Czułam się bardzo samotna. Dzwoniłam do męża w środku nocy, gdy wracał z pracy. Bardzo chciałam usłyszeć dobre słowo ..
Tego wieczora przyszła "ta fajna" (tak ją nazwałam sobie, bo nie wiedziałam jak ma na nazwisko) Pani doktor i rozważała nawet przeniesienie Tobiaszka do innej placówki. Myślę, że padłoby wtedy na Katowice. Zdecydowała się jednak na krok do przodu, czyli zrobienie całonocnego "testu". Tobiasz miał być przez 8 godzin tylko na kroplówce w celu odciążenia układu pokarmowego. Do tego specjalne mleko Nutramigen (mleko dla alergików dostępne w aptece tylko na receptę). Cieszyłam się, że nie spoczywają na laurach, tylko szukają przyczyny krwawienia na wszystkie sposoby.
Niestety mój głodomor nie wytrzymał tyle bez mleka i wypił Nutramigen 2 razy po 50ml w odstępie 6 godzinnym (normalnie jego porcja wynosi 90ml co ok 3 godziny). Po 8 godzinach dostał jeszcze drugą kroplówkę.


12 marca (czwartek) byłam u Ordynatora i powiedział, że nasz przypadek nie jest typowy, i będzie konsultować się z kliniką gastrologiczną. Mogli nawet go tam przyjąć, gdyby nadal nie było poprawy.
Ten dzień był trudny, bo Tobi mógł pić już po 60ml mleka co 2-3 godziny, ale nadal to było dla niego za mało. Niestety nie mogłam dać mu więcej, bo trzeba było go przyzwyczajać stopniowo do zmiany mleka, a nie tak na raz go przestawiać. Tobiasz strasznie płakał z głodu i z trudem to znosiłam. Wiedziałam, że chce jeść, a nie mogłam mu pomóc. Złamałam się jednak i dokarmiłam go jeszcze 30ml, gdy zobaczyłam jak pierwszy raz uronił łezkę. Coś we mnie wtedy pękło. (Na szczęście na drugi dzień już mogliśmy stopniowo zwiększać dawki aż spokojnie doszliśmy do 90ml i od razu skończył się płacz z głodu.) Tego dnia po południu już widzieliśmy małą poprawę, bo kupki nie były tak często. Od samego rana aż do nocy nie zrobił ani jednej. Bałam się troszkę, że znów zatwardzenia dostał, ale nie. Uspokajali mnie, że skoro nie robi to wszystko jest na dobrej drodze i teraz będzie tylko lepiej. Zobaczyłam takie światełko w tunelu. Przestałam płakać, miałam o wiele lepszy humor. 

13 marca (piątek) o 1 w nocy pojawiła się długo wyczekiwana zabrudzona pieluszka. Nie sądziłam, że kiedykolwiek aż tak będę się cieszyć się, że moje dziecko zrobiło kupkę. Było bez krwi i nawet zapach całkiem inny niż do tej pory. Od tego dnia pobyt w szpitalu przebiegał już całkiem inaczej. Byliśmy trochę spokojniejsi. Mogłam nawet skupić się na przeczytaniu gazet z nudów ;) Miałam też z domu przenośny router z internetem. Czas leciał szybciej i przyjemniej.
Ordynator powiedział, że obstawia alergię i jak nadal będzie tak dobrze to nas niedługo wypisze, ale na Nutramigenie pozostaniemy.

14 marca (sobota) na porannym obchodzie pani doktor dała nam szansę na wyjście w niedzielę 15 marca. Jakoś czułam jednak w kościach, że nie wyjdziemy, ale to nic. Najważniejsze, że była już wyraźna poprawa. Oczywiście zdarzały się czasem niteczki krwi, ale to już nie były kałuże jak na początku. Tylko pojedyncze nitki i to nie w każdej pieluszce. I częstotliwość wypróżnień także nie taka duża jak kilka dni wcześniej.

16 marca (poniedziałek) tak bardzo wyczekiwane wyjście do domu !!! Juhuuu :)


W poniedziałek wyszliśmy ze szpitala, a w czwartek odebrałam wypis. Czytając go troszkę niedowierzałam. Nie ma tam wzmianki o alergii na białko. Jest za to bakteria KLEBSIELLA PNEUMONIAE oraz KLEBSIELLA OXYTOCA ... 
Faktycznie jeden z lekarzy wspominał coś, że w posiewie wyszła jakaś bakteria, ale nic więcej nie powiedziano, więc stwierdziłam, że to niegroźne. Niestety znów weszłam na Google.pl i poczytałam o tym. Ogromnie się cieszę, że u nas skończyło się to tylko na krwistej biegunce a nie na zapaleniu płuc, sepsie czy zapaleniu opon mózgowych. Niestety martwi mnie, że nie tak łatwo wytępić to z organizmu i boję się (odpukać !!!!), że może znów zaatakować.
W zaleceniach ze szpitala było, aby póki co pić Nutramigen a po dwóch tygodniach stopniowo wracać do zwykłego mm. Podawać też Dicoflor przez 10 dni i wykonać morfologię krwi za 2 tygodnie.
Dziś zmartwiło mnie jednak to, że w jednej pieluszce rano była kropeczka krwi i pojawił się też skrzypiący kaszel. Jutro idziemy do lekarza. 
Prosimy o kciuki, by nie miało to związku z tą bakterią!!!

Co do samej opieki na oddziale nie mam nic do zarzucenia. Pielęgniarki to naprawdę złote kobiety. Widać, że są tam z powołania a nie "za karę. Mają niebywałe podejście do dzieci. Gdy coś chciałam się dowiedzieć lub czegoś potrzebowałam, zawsze mogłam na nie liczyć. 
Sale też całkiem przyzwoite. W porównaniu z oddziałami w innych szpitalach (słyszałam od znajomych z innych miast) to naprawdę mamy super warunki. Miałam swoje łożko sterowane elektrycznie. Nawet wygodne jak na szpitalne łoże. Do tego stolik, 2 krzesełka. W sali także wanienka, stoliczek z wagą dla niemowląt, a także przewijak z szufladami. Było bardzo dużo miejsca. Łazienka co prawda jedna, ale wyremontowana i czysta. Za przebywanie na sali z dzieckiem płaci się 10zł/doba. Sądzę, że we wszystkich szpitalach są pobierane opłaty za miejsce dla matki przebywającej z dzieckiem. 

Mimo, że opieka super to mam nadzieję już nigdy tam nie wrócić.

Udostępnij ten post