Monika-J

Warsztaty Ewa & #mygirls KATOWICE 2015

Zrobiłam to !!!!! Dałam z siebie wszystko !!! Jestem dumna, że 4 miesiące po porodzie bez wcześniejszej aktywności fizycznej dałam radę przebrnąć przez treningi. Pisząc to mam zakwasy już drugi dzień, ledwo chodzę, ale satysfakcja jest ogromna !!! Zakwasy miną, a wspomnienia i duma zostaną :)
 Udział w warsztatach był w sumie spontanem. Magda napisała, że czeka aż bilety się pojawią i pytała czy mi też kupić. Zgodziłam się bez wahania. Miałam czasem wątpliwości, ale było już za późno na rezygnację, bo bilety były opłacone.
Pomyślałam "raz kozie śmierć, najwyżej zginę marnie".
Kupiłam buty sportowe, legginsy i czekałam na ten dzień. 
Przeczytałam dokładnie program warsztatów, oraz inne informacje organizacyjne. Warsztaty odbywały się na AWF-ie w Katowicach. Od godz. 11.30 miała odbyć się rejestracja uczestników. 
My byłyśmy tam już godzinę wcześniej, by zająć miejsce w kolejce.


Podchodziłyśmy po kolei do stoliczka, otrzymałyśmy opaskę na rękę, która była znakiem rozpoznawczym uczestników. Przy wyjściu opaski nam zdejmowano a w zamian dostałyśmy torbę z upominkami na miłe zakończenie warsztatów.


Przy rejestracji dostałyśmy też napój Oshee. Niepotrzebnie kupowałam dzień wcześniej, bo i tak wypiłam tylko jedno, a miejsca w torbie byłoby więcej. Na stronie napisane było, że jedzenie i picie mamy mieć we własnym zakresie. Były też stoiska z płatkami Nestle Fitness, można było zjeść sobie płatki z mlekiem jako przekąskę. Przyznam szczerze, że bardzo mi posmakowały.
Po rejestracji czekałyśmy w kolejce do hali. Byłyśmy jednymi z pierwszych, także na samej hali mogłyśmy zająć dobre miejscówki niedaleko sceny. Czekając na wejście porobiłyśmy parę zdjęć. Tu jeszcze jestem uśmiechnięta, nieświadoma tego co nas czeka ha ha :)


Nagle bum! Drzwi do sali się otworzyły i dziewczyny dosłownie wbiegały na salę. Ok, też zaczęłam biec, bo stwierdziłam, że jak tak wszyscy będą biegli to zajmę miejsce na końcu sali.... 
Na szczęście udało się blisko sceny.
W tym momencie Instagram i Facebook przeżywał oblężenie, 
bo prawie wszyscy na sali robili sobie selfie :D

Też mamy kilka zdjęć, i zwykłych, i selfie, ale już Wam tego oszczędzę :)
O 13.00 na scenę miała wejść Ewa i rozpocząć pierwszy trening, ale nastąpiła zmiana i na rozgrzewkę zaserwowano nam Zumbę z Maćkiem :) Powiem szczerze, że ze wszystkich treningów to właśnie Zumba skradła moje serce. Myślę, że nawet zapiszę się na zajęcia. 
Po Maćku przyszła kolej na Ewę Chodakowską. Powitałyśmy ją okrzykami i zaczęła się rzeź hihihi 
Ewka jak Ewka - motywator sam w sobie. Zagrzewała nas do walki ze swoimi słabościami, nie pozwalała odpuszczać. Muszę się pochwalić, że nawet przybiła mi "piątkę". Świetne uczucie... :)
Ewa nie była tylko na scenie. Schodziła też do nas, motywowała, klepała po pupach, gdy "squat" był za wysoko hihihi

Po treningu Ewy już byłam bardzo zmęczona. Na szczęście zaplanowano krótki wykład Tomka Choińskiego. W tym czasie mogłyśmy odpocząć, a także zjeść zdrowy posiłek. Tomasz opowiadał o zdrowym odżwianiu, co jeść przed/po treningu, przeanalizował 4 jadłospisy i odpowiadał na pytania uczestniczek.


Po wykładzie Lefteris - mąż Ewy Chodakowskiej poprowadził kolejny trening. Ten różnił się od pozostałych. Puzel podzielił nas na dwie drużyny i były różne konkurencje. Podczas, gdy pierwsza drużyna trenowała, druga głośno dopingowała. Fajnie było mieć wsparcie w pozostałych uczestniczkach :) Miło popatrzeć na Ewę i Lefterisa razem. Są tak cudowną parą, że nic tylko brać przykład. Tacy zakochani, weseli, szczęśliwi. Widać, że mają w sobie ogromne oparcie. Pasują do siebie naprawdę jak puzzle :)

Kolejny trening, jakim była salsa z Żorą Korolyov'em przyznam szczerze, że odpuściłam. Po pierwsze - nie mogłam się w tej salsie połapać (zumba dużo bardziej mi pasuje), a po drugie - byłam już tak zmęczona, że marzyłam tylko o powrocie do domu.

Na koniec znów widzieliśmy się z Tomkiem Choińskim, który dobił nas ostatnim treningiem. Pomimo mega zmęczenia dałam radę dobrnąć do ostatniego ćwiczenia. Muzykę Tomasz dobrał tak świetną, energetyzującą, że ćwiczyłam dla samych dźwięków. Nie skupiałam się na bólu mięśni, tylko na piosenkach ;) 

Widzicie ściankę tam z przodu? Na jej tle można było zrobić sobie zdjęcie z Ewą i pozostałymi trenerami. Kolejka dłuuuuuga, ale warto było poczekać :)



Nigdy w życiu nie wylałam z siebie tyle potu, nigdy nie dałam z siebie tyle energii, co na tych warsztatach. Absolutnie nie żałuję uczestnictwa w tym przedsięwzięciu pomimo, że ledwo się ruszam przez zakwasy. Powiem więcej: gdy dowiem się, że w przyszłym roku znów Ewka zawita do Katowic, jadę bez wahania!
To pozwoliło mi uwierzyć, że mogę więcej niż mi się wydaje.

A zawartość paczuszki, którą dostałam po warsztatach wyglądała tak:





Udostępnij ten post