Monika-J

Mąż przy porodzie - tak czy nie?

Wiele razy natknęłam się na pytania innych mam odnośnie obecności męża przy porodzie. 
Są pełne obaw i zastanawiają się czy to na pewno dobry pomysł.
Dla mnie ta idea jest strzałem w dziesiątkę!




Ciąża i poród to bardzo ważny czas dla dwojga kochających się ludzi. Chodzą razem do lekarza, patrzą na usg, kobieta jest wspierana przez swojego wybranka. Zbliża się "godzina zero" i myślimy czy mąż/partner powinien być przy nas, gdy będziemy krzyczeć z bólu na sali porodowej.

Ja wiedziałam od razu, że chcę by mąż mi towarzyszył. Nie widziałam innej opcji. Nie chciałam być tam sama. No może nie całkiem sama, bo jednak jest tam położna, a na samym końcu porodu cały tabun personelu medycznego. Jednak to są osoby obce, a ja potrzebowałam obecności "tej" osoby. Tej, która daje mi poczucie bezpieczeństwa, którą kocham, i której ufam w 100%. 
Pytałam męża kilkanaście razy czy aby na pewno się nie rozmyślił i nadal chce być przy mnie, gdy będzie się rodzić nasza córka. Zgodził się nawet przeciąć pępowinę. 

Nadszedł ten dzień ... Ten, w którym zadzwoniłam do męża ze szpitala ze słowami "Przyjeżdżaj, to już pora, zaczęło się!". Biedny kładł się akurat spać, bo miał na rano do pracy ;) Niestety kochanie, nici z odpoczynku. Trwaj teraz przy mnie do 7.35 dnia następnego i wysłuchuj moich krzyków, jęków i próśb, aby mnie zabito, bo z bólu nie wytrzymam.

Pamiętam z jaką troską patrzył na to jak mnie boli. Chyba, ze był to wzrok mówiący, że zaraz zemdleje ;)
Żarty, żartami - mąż trzymał się dzielnie do samego końca. Przez całą noc masował mi plecy, kiedy bóle krzyżowe nie dawały za wygraną. Podawał mi wodę bo okropnie chciało mi się pić. Był ze mną, gdy położna wychodziła z sali czekając na dalsze postępy. Pomagał mi wchodzić na fotel, uspokajał, gdy darłam się przy kolejnym badaniu rozwarcia. Samo to, że był ze mną, że czułam jego obecność, było dla mojej duszy balsamem. Dla ciała już mniej, bo masaże skutków nie przynosiły, ale nieważne! Nie to się wtedy liczyło. 
Ba, nawet dowiedział się, że moje krzyki przy awanturze to nic w porównaniu do decybeli, które wydobywały się ze mnie podczas bóli porodowych ;)

Nadszedł magiczny czas 10 centymetrów i nareszcie mogłam wskoczyć na fotel. Nie pamiętam czy mąż kazał mi oddychać, czy nie. Pamiętam tylko, że mocno trzymałam go za rękę a on patrzył na moją twarz. 
Najpiękniejszy moment był wtedy, kiedy ujrzałam go wzruszonego na widok Laurki na moim brzuchu. Chyba nigdy nie widziałam u męża zaszklonych oczu od łez szczęścia. Dał mi wtedy całusa w czoło a potem przeciął pępowinę. 

Wtedy dopiero emocje u niego zaczęły opadać i biedak pobladł - położne już wyprowadziły go z sali, bo groziło omdleniem hihi. Niemniej jednak jestem z niego dumna do dziś, że przetrwał ten trudny dla nas obojga czas.
Kiedy go pytam czy żałuje swojej decyzji odpowiada, że nie. I ja mu wierzę.

Wiele osób zastanawia się jak to będzie już po porodzie. Przecież mąż zobaczy wychodzącą główkę itp. Mój nie widział i ja też nie chciałam żeby patrzył. Personel także pilnował, by nie wchodził im w paradę i oglądał moje krocze ;) Także tu nie ma problemu.
Uważam, że po porodzie z mężem byliśmy jeszcze bliżej siebie. On widział we mnie silną kobietę, która przetrwała takie tortury, doceniał mnie bardziej, bo widział na co byłam "skazana" przy porodzie. Niektórzy jak nie zobaczą to nie uwierzą ile cierpienia to przysparza ;)

Za drugim razem też chciałam wybrać poród rodzinny, jednak okazało się, że miałam cc. Przy "cesarce" mąż nie mógł być obecny, ale czekał dzielnie na mnie i syna za drzwiami :)

Mam nadzieję, że ten wpis choć trochę rozwiał Twoje wątpliwości na temat towarzysza przy porodzie.
Ściskam mocno!

 

Udostępnij ten post